Rajskie Malediwy – dzień pierwszy

Lot do raju

Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, w lutym ubiegłego roku wyruszyłem w pierwszą swoją podróż z prawdziwego zdarzenia. Odwiedzając w dotychczasowym życiu sporadycznie Niemcy i raz będąc w Chorwacji, nie miałem zbytnio pojęcia o podróżowaniu, a i samoloty widywałem tylko na niebie. W dniu wylotu ekscytacja mieszała się z lekką niepewnością.

18-go lutego wczesnym rankiem wyruszyłem pociągiem z Katowic do Warszawy Centralnej, stamtąd przesiadka na kolej miejską, którą dojechałem pod samo Lotnisko Chopina, by przed 11 być już po odprawie pasażerskiej. Po przejściu przez większość sklepów w strefie wolnocłowej nadszedł czas na kontrolę paszportową i oczekiwanie na samolot. Sam lot odbywać miał się z przesiadką na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie, by po 6 godzinach oczekiwania wyruszyć w stronę Malediwów – państwa, które składa się z ponad 1100 wysp, a największe z nich są wielkości przeciętnego miejskiego osiedla.

Linie Aeroflot, którymi leciałem, wspominam dosyć dobrze – miła załoga, a ponadto napoje, śniadanie, ciepły posiłek oraz desery były wliczone w cenę biletu. Do tego dostęp do filmów, pokładowe kapcie, kocyk, dzięki czemu 9 godzin lotu minęło całkiem przyjemnie.

Dzień pierwszy

Lądowanie miało miejsce punktualnie o godzinie 9:30 czasu lokalnego (5:30 czasu polskiego). Po wyjściu z samolotu uderzył mnie podmuch gorącego, wilgotnego, równikowego powietrza, o temperaturze przekraczającej 30*C w cieniu, co w zestawieniu z -10*C, które żegnałem 9 godzin wcześniej w Moskwie, było lekkim szokiem. Ponadto zaskoczeniem dla mnie był wygląd i rozmiar lotniska w Male (wyspa, na której ulokowane jest lotnisko to właściwie Hulhulé, a Male – stolica, znajduje się około 600 metrów na wschód od Hulhulé). Hala przylotów bardziej przypominało podrzędny dworzec PKS, niż międzynarodowy port lotniczy w państwie, które słynie wręcz z ‘ekskluzywnej turystyki’. Kolejka do kontroli paszportowej była spora, ale ruch na bramkach był płynny. Po dłuższej chwili oczekiwania urzędnik imigracyjny sprawdził paszport, zlustrował wzrokiem i wbił pieczątkę imigracyjną. Właśnie rozpoczął się mój 8-dniowy pobyt na Malediwach.

Jeszcze przed wylotem, po wysłaniu maila z informacją o numerze lotu, hotel zapewnił, że na lotnisku będzie czekał transport. Zapewnienia, zapewnieniami, ale w tłumie turystów najwyraźniej ciężko było się odnaleźć, więc dopiero dzięki uprzejmości pracownicy punktu info i jej telefonie do hotelu, po około godzinie od przylotu pojawił się pan odpowiedzialny za transport. Samochód, który wskazał na parkingu, wyglądał na pamiętający lata ’70. Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż widok, który zobaczyłem po wyjściu na parking,  lazurowy kolor wody, masa łódek i widok dziesiątek małych wysp na horyzoncie, był jak z obrazka.

Hotel znajdował się na sztucznej wyspie Hulhumalé, której budowa rozpoczęła się 16 października 1997 roku, a oficjalne ‘otwarcie’ przez prezydenta Malediwów miało miejsce 12 maja 2004 roku. Wyspa ta jest połączona drogą lądową (usypaną podczas budowy wyspy) z Hulhulé, dzięki czemu dojazd na lotnisko był o wiele łatwiejszy.

Po przyjeździe do hotelu, recepcjonistka poprosiła o paszport, potwierdzenie rezerwacji, a gdy wszystkie formalności zostały załatwione, boy hotelowy zaniósł walizkę do pokoju. Pierwszą rzeczą po wejściu do pokoju było zrzucenie jeansów, adidasów i skarpetek, na rzecz krótkich spodenek i japonek. Po chwili odpoczynku w klimatyzowanym pomieszczeniu, wziąłem ręcznik, krem do opalania i poszedłem na piaszczystą plażę, która była oddalona od budynku o niecałe 100 metrów. Tak na prawdę, dopiero w tej chwili, dotykając stopami drobnego piasku, jaśniejszego niż ten nad Bałtykiem, dotarło do mnie, że jestem na Malediwach. Jedno z trzech największych marzeń podróżniczych właśnie się spełniło.

24 godziny temu byłem w zaśnieżonej, mroźnej Europie, by teraz siedzieć w samych szortach, na ręczniku pod palmą. Rozgrzany od słońca wchodzę do wody ciepłej jak w wannie i cieszę się jak dziecko. Tego uczucia nie da się po prostu przeliczyć na pieniądze – jest bezcenne.

 

Komentarze